Gwiazdka, która spłonęła

Nazywam się Marta. I od trzech lat kocham się w mężu mojej siostry. Nazywa się Kuba. Wiecie, jak to jest – widzisz go przy świątecznym stole, jak nalewa ci wino, śmieje się z żartów twojego ojca, a ty myślisz tylko o tym, jak by to było, gdyby jego dłonie błądziły po twoim ciele, a nie po ramionach twojej siostry.

Wigilia. Cała rodzina przy stole. Świece, opłatek, kolędy. A ja siedzę naprzeciwko niego i czuję, jak każdy centymetr mojej skóry płonie. Ma na sobie granatowy sweter, który podkreśla jego ramiona. Gdy sięga po kieliszek, widzę żyły na jego przedramieniu i muszę zacisnąć uda pod stołem.

Moja siostra – Anka – jest zajęta opowiadaniem o swoich planach na sylwestra. Nie zauważa, jak Kuba zerka na mnie znad kieliszka. Nie zauważa, że jego wzrok zatrzymuje się na moich ustach odrobinę za długo. Ale ja zauważam wszystko.

– Wyjdę na chwilę na powietrze – mówię nagle, wstając. – Głowa mnie boli od tego tłumu.

Kuba podnosi wzrok. Nasze oczy się spotykają. I wiem, że to ten moment.

– Odprowadzę cię – mówi, odkładając serwetkę. – Też potrzebuję przerwy.

Anka macha ręką. – Jasne, wracajcie szybko, zaraz będą prezenty.

Wychodzimy. Śnieg skrzypi pod butami, a mróz szczypie w policzki. Ale ja czuję tylko gorąco. Idziemy wzdłuż ogrodu, w stronę altany, z dala od świateł domu.

– Marto – zaczyna, ale ja go nie słucham. Odwracam się do niego tak gwałtownie, że prawie się zderzamy. Czuję jego zapach – drzewo sandałowe, papierosy, coś męskiego i niebezpiecznego.

– Nie mów nic – szepczę. – Tylko nie mów, że tego nie czujesz.

Przez chwilę patrzy mi w oczy. A potem jego dłonie chwytają moją twarz i całuje mnie tak, jakby chciał mnie pochłonąć. To nie jest delikatny pocałunek. To głód. Jego język wdziera się do moich ust, a ja jęczę wprost w jego usta, czując, jak moje kolana miękną.

– Od dawna tego chciałem – mruczy, odrywając się na sekundę. – Cholera, Marto, nie wiesz, jak bardzo.

– To pokaż mi – odpowiadam, a mój głos jest niski i zachrypnięty.

Nie czeka. Popycha mnie na ścianę altany. Drewno jest szorstkie, ale nie czuję zimna. Czuję tylko jego ciało przy moim. Jego ręce wędrują pod moją sukienkę, a ja unoszę biodra, by dać mu dostęp.

– Jesteś pewna? – pyta, a jego oddech jest gorący na mojej szyi.

– Jeśli teraz przestaniesz, zabiję cię – syczę.

Śmieje się cicho, ale to nie jest wesoły śmiech. To dźwięk drapieżnika, który w końcu dopadł swoją ofiarę. Zrywa ze mnie rajstopy jednym szarpnięciem. Czuję chłód na udach, ale zaraz jego dłoń ląduje między moimi nogami i wszystko staje się gorące.

– Już jesteś mokra – mruczy, przesuwając palcami po mojej wilgotnej skórze. – Tak bardzo na to czekałaś, co?

– Tak – jęczę, wyginając się w jego stronę. – Cały czas. Przy każdym rodzinnym obiedzie. Przy każdej kolędzie. Myślałam tylko o tobie.

– Ja o tobie też – odpowiada, a potem wbija we mnie dwa palce, a ja gryzę własną dłoń, żeby nie krzyczeć.

– Cicho – szepcze, ale w jego głosie słychać uśmiech. – Chcesz, żeby cała rodzina usłyszała, jak twoja siostra jęczy pod moimi palcami?

– Nie – odpowiadam, ale on właśnie przesuwa kciukiem po mojej łechtaczce i wszystko we mnie eksploduje.

– Kuba – błagam. – Teraz. Chcę cię teraz.

Rozpina spodnie. Słyszę dźwięk zamka, a potem czuję go – twardego, gorącego, gotowego. Podnosi mnie, a ja automatycznie oplatam go nogami. Altana skrzypi, gdy przyciska mnie do ściany, a potem wchodzi we mnie jednym pełnym pchnięciem.

– O Boże – jęczę, a on zatyka mi usta dłonią.

– Ciii – szepcze, poruszając się we mnie rytmicznie, głęboko. – Musisz być cicho, kochanie.

Ale ja nie mogę. Każde jego pchnięcie wyrywa mi z gardła tłumione jęki. Czuję, jak jego kciuk wciąż masuje moją łechtaczkę, a on sam wbija się we mnie coraz mocniej, coraz szybciej. Altana trzeszczy, śnieg skrzypi, a my jesteśmy tylko my – dwoje ludzi, którzy łamią wszystko, co święte.

– Tak – syczę przez zaciśnięte zęby. – Właśnie tak. Nie przestawaj.

– Nigdy – odpowiada, a jego oddech jest ciężki. – Chcę cię zapamiętać taką. Mokrą, rozpaloną, moją.

Czuję, jak narasta we mnie fala. Moje ciało napina się, a ja przywieram do niego, szukając oparcia. On przyspiesza, a ja tracę grunt pod nogami – dosłownie i w przenośni. Kiedy dochodzę, gryzę go w ramię, żeby nie krzyczeć, a on drży i kończy we mnie z głuchym jękiem.

Przez chwilę stoimy tak, spleceni, dysząc. Śnieg pada na nasze włosy. A potem on całuje mnie w czoło, delikatnie, jakbyśmy byli kochankami od lat.

– Wracamy? – pyta cicho.

– Jeszcze chwila – odpowiadam, wtulając się w niego. – Chcę zapamiętać ten moment.

Bo wiem, że za godzinę znów usiądziemy przy stole, a on będzie mężem mojej siostry. Ale teraz, w tej altanie, w tę wigilijną noc, jest tylko mój.

Oceń tę historię:

Bądź pierwszą osobą, która oceni.

Komentarze (0)

Nikt jeszcze nie skomentował tej historii. Będziesz pierwszą osobą?

Dodaj komentarz

Komentarze publikujemy po akceptacji moderatora.

Więcej z kategorii: Inne

Zobacz wszystkie →

Inne · 3 min

Magda w uberze

– Mogę ci jakoś inaczej podziękować za kurs. Nie mam pieniędzy, ale… mogę ci to wynagrodzić w inny sposób.