Jedwab i pożądanie
Mam na imię Marta. Trzydzieści jeden lat, pracuję jako architektka wnętrz. Moje życie jest poukładane – mam własne mieszkanie, dwie przyjaciółki, na które mogę liczyć, i żadnych zobowiązań, które mogłyby mnie ograniczać. Ale jest jedna rzecz, której nigdy nikomu nie wyznałam. Jeden sekret, który skrywam głęboko w sobie.
Od zawsze fascynowały mnie stopy. Nie w sposób, który mógłby kogoś zgorszyć – po prostu czułam, że to jedna z najbardziej niedocenianych części ciała. Kobiece stopy, szczególnie te zadbane, w pończochach, z pomalowanymi paznokciami, potrafiły mnie rozpalić do białości. Czułam wtedy suchość w ustach, przyspieszone bicie serca, i to ciepło między nogami, którego nie umiałam nazwać.
Ukrywałam to przed wszystkimi. Aż do dnia, gdy w moim życiu pojawił się on.
Część I: Spotkanie
Poznałam go przez pracę. Nazywał się Wiktor i był inwestorem, który kupił stary kamienicę w centrum miasta, żeby przerobić ją na luksusowe apartamenty. Moja firma wygrała przetarg na projekt wnętrz, a ja zostałam wyznaczona do prowadzenia tego zlecenia.
Pierwsze spotkanie odbyło się w jego biurze – nowoczesnym, szklanym, z widokiem na panoramę miasta. Wiktor był wysoki, szczupły, z ciemnymi włosami i wyrazistą szczęką. Miał około czterdziestu lat, ale wyglądał młodziej. Ubrany w idealnie skrojony garnitur, z zegarkiem, który kosztował więcej niż moje miesięczne wynagrodzenie.
– Pani Marta – powiedział, podając mi rękę. – Słyszałem o pani same dobre rzeczy.
– Dziękuję – odpowiedziałam, starając się nie gapić. – Mam nadzieję, że nie przesadzono.
Uśmiechnął się, a ja poczułam, że coś jest nie tak. Nie w złym sensie – po prostu czułam, że ten człowiek widzi więcej, niż pokazuje. Jego wzrok był badawczy, przenikliwy, jakby próbował mnie rozszyfrować.
– Przejdziemy do szczegółów? – zapytał, wskazując mi krzesło. – Mam kilka pomysłów, ale chcę poznać pani wizję.
Spędziliśmy dwie godziny na rozmowie o projektach, materiałach, kolorach. Wiktor był wymagający, ale konkretny – wiedział, czego chce, i nie bał się tego powiedzieć. A ja czułam, że między nami iskrzy – nie tylko zawodowo.
– Świetnie – powiedział na koniec, wstając zza biurka. – Mam nadzieję, że będziemy się dobrze współpracować. Może napijemy się czegoś? Kawy? Wina?
– Kawy – odpowiedziałam, a on skinął głową i podszedł do ekspresu.
Stał tyłem do mnie, a ja pozwoliłam sobie na chwilę słabości – przesunęłam wzrokiem po jego plecach, po jego ramionach, po jego nogach. I wtedy zauważyłam coś, co sprawiło, że zamarłam.
Na podłodze, obok jego biurka, stała para damskich szpilek. Czerwonych, lakierowanych, z cienkimi paskami wokół kostki. Wyglądały na drogie, eleganckie – i zupełnie nie na miejscu w męskim biurze.
– Widzę, że pani patrzy na moje buty – powiedział Wiktor, odwracając się z kubkiem w dłoni. – Należą do mojej żony. Zostawiła je tu wczoraj po kolacji.
– Są piękne – odpowiedziałam, starając się brzmieć obojętnie. – Twoja żona ma dobry gust.
– Ma – przyznał, stawiając kubek przede mną. – Ale wiesz, co jest w nich najpiękniejsze? To, jak wyglądają na jej stopach. Jak podkreślają ich kształt, ich łuk, ich delikatność.
Spojrzałam na niego, a on patrzył na mnie z wyrazem twarzy, który nie pozostawiał wątpliwości. Wiedział. Wiedział, co czuję. Wiedział, na co patrzę. I najwyraźniej – podzielał moją fascynację.
– Pani Marta – powiedział cicho, siadając naprzeciwko mnie. – Czy mogę być szczery?
– Proszę – odpowiedziałam, czując, jak serce wali mi w piersi.
– Zauważyłem panią na długo przed tym spotkaniem. Widziałem panią na targach wnętrz, miesiąc temu. Stała pani przy stoisku z tkaninami, dotykając jedwabiu, a pani twarz… pani twarz zdradzała coś, co rozpoznałem od razu.
– Co takiego? – zapytałam, a mój głos drżał.
– Że pani czuje więcej niż inni. Że pani widzi piękno w szczegółach, których większość ludzi nie zauważa. I że pani ma sekret, którego nikomu nie wyznała.
Zamknęłam oczy. Czułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Jakbym stała na krawędzi przepaści i wiedziała, że jeśli zrobię krok, już nigdy nie wrócę do swojego bezpiecznego życia.
– Nie musi pani nic mówić – powiedział Wiktor, wstając. – Ale chcę, żeby pani wiedziała, że rozumiem. I że jeśli pani zechce – możemy porozmawiać o tym głębiej. W bardziej prywatnym miejscu.
Podał mi wizytówkę z numerem telefonu. Na odwrocie, odręcznie, dopisał: „Jutro, 20:00, adres na dole".
Wzięłam wizytówkę, nie mówiąc ani słowa. I wyszłam, czując, jak moje ciało płonie.
Część II: Przekroczenie granicy
Następnego wieczoru stałam przed drzwiami jego mieszkania – nie tego z żoną, ale tego, które – jak się później okazało – trzymał wyłącznie dla siebie. Mieszkanie na poddaszu, z ogromnymi oknami, z widokiem na miasto. W środku było ciemno, nastrojowo, z zapachem świec i drogich perfum.
– Marto – powiedział, otwierając drzwi. – Cieszę się, że przyszłaś.
– Ja też – odpowiedziałam, wchodząc do środka.
Wnętrze było minimalistyczne, ale ciepłe. Miękkie dywany, niskie sofy, mnóstwo poduszek. A w kącie, na stojaku, wisiała para pończoch – czarnych, jedwabistych, z widocznym szwem z tyłu.
– Widzę, że patrzysz – powiedział Wiktor, podchodząc do mnie. – To moja kolekcja. Mam ich wiele. Różne kolory, różne wzory, różne materiały. Ale te są moje ulubione.
Dotknął pończoch, przesuwając palcami po materiale, a ja poczułam, jak coś we mnie drży.
– Dlaczego mi to pokazujesz? – zapytałam cicho. – Skąd wiesz, że to dla mnie ważne?
– Bo widziałem, jak patrzyłaś na te szpilki – odpowiedział, odwracając się do mnie. – Bo widziałem, jak drżała twoja dłoń, gdy dotykałaś jedwabiu na targach. I bo wiem, jak to jest, gdy coś, co inni uważają za dziwne, jest dla ciebie najpiękniejszą rzeczą na świecie.
Podszedł do mnie, stanął bardzo blisko. Czułam jego zapach, jego ciepło, jego obecność.
– Chcę ci coś pokazać – powiedział. – Ale najpierw musisz mi zaufać. Całkowicie.
– Ufam ci – odpowiedziałam, a w moim głosie zabrzmiała pewność, której sama się zdziwiłam.
– Usiądź – powiedział, wskazując sofę.
Usiadłam, a on ukląkł przede mną. Jego dłonie były delikatne, gdy zdejmował moje buty – proste, czarne baleriny, które nosiłam do pracy. A potem, powoli, z namysłem, zdjął moje skarpetki.
– Masz piękne stopy – powiedział, przesuwając kciukiem po moim łuku. – Delikatne, zadbane. Wiedziałem, że tak będzie.
– Skąd wiedziałeś? – zapytałam, a mój głos był ledwo słyszalny.
– Bo ludzie, którzy kochają piękno, dbają o każdy jego szczegół – odpowiedział. – A ty kochasz piękno. Widzę to w twoich projektach, w twoim spojrzeniu, w twoim dotyku.
Pochylił się i pocałował moją stopę – delikatnie, w sam środek łuku. A ja poczułam, jak prąd przebiega przez całe moje ciało. To było tak intymne, tak zmysłowe, tak… właściwe.
– Czy mogę więcej? – zapytał, patrząc mi w oczy.
– Tak – wyszeptałam. – Proszę.
Przesuwał ustami po mojej stopie, po palcach, po kostce. Jego język był ciepły, wilgotny, a ja czułam, jak każdy dotyk rozpala mnie od środka. Moje ciało reagowało w sposób, którego się nie spodziewałam – wilgotniałam, drżałam, pragnęłam więcej.
– Masz na sobie pończochy? – zapytał nagle, a ja skinęłam głową.
– Tak. Czarne. Z dziurkowanym wzorem.
– Pokaż mi – powiedział, a jego głos był niski, zachrypnięty.
Wstałam i powoli, z namysłem, podciągnęłam spódnicę. Moje uda były owinięte czarnym, półprzezroczystym jedwabiem, który połyskiwał w świetle świec. Wiktor westchnął, patrząc na mnie.
– Jesteś piękna – powiedział. – Najpiękniejsza rzecz, jaką widziałem od lat.
Uklęknął przede mną znowu, ale tym razem jego dłonie wędrowały wyżej – po moich łydkach, po kolanach, po wewnętrznej stronie ud. Czułam jego dotyk przez jedwab, czułam jego oddech na mojej skórze.
– Czy mogę? – zapytał, dotykając krawędzi pończoch.
– Tak – odpowiedziałam, a on zsunął je powoli, centymetr po centymetrze, całując każdy odsłonięty fragment skóry.
Kiedy zostałam bez pończoch, z samymi majtkami, które ledwo cokolwiek zakrywały, Wiktor spojrzał na mnie z pożądaniem, które nie pozostawiało wątpliwości.
– Chcę cię – powiedział. – Chcę cię całą. Ale najpierw chcę się tobą bawić.
– Bawić? – zapytałam, a on uśmiechnął się drapieżnie.
– Zaufaj mi – powiedział, sięgając po jedwabną chustę, która leżała na sofie. – I pozwól, że cię zawiążę.
Część III: Oddanie
Zawiązał mi oczy czarnym jedwabiem. Świat zniknął, a ja zostałam tylko ze swoim ciałem, ze swoim dotykiem, ze swoimi zmysłami. Czułam jego obecność – jego ciepło, jego zapach, jego oddech gdzieś przy mojej szyi.
– Nie ruszaj się – szepnął. – I nie odzywaj się. Tylko czuj.
Jego dłonie wędrowały po moim ciele – po ramionach, po piersiach, po brzuchu. Rozpiął guziki mojej bluzki, zsunął ją z ramion, a potem delikatnie, z namysłem, zdjął mój stanik.
– Masz piękne piersi – powiedział, przesuwając kciukiem po moim sutku. – Takie wrażliwe. Czuć, jak reagują na mój dotyk.
Jęknęłam cicho, wyginając się w jego stronę, ale on cofnął się.
– Nie ruszać się – przypomniał. – Obiecałaś.
Zacisnęłam dłonie na sofie, starając się opanować. A on kontynuował – całował moją szyję, moje obojczyki, moje piersi. Jego język krążył wokół sutków, a ja czułam, jak każdy dotyk wysyła fale przyjemności w dół mojego ciała.
– A teraz – powiedział, przesuwając dłonią po moim brzuchu – zobaczmy, jak bardzo jesteś gotowa.
Jego palce odnalazły moje majtki, wilgotne od podniecenia. Zsunął je powoli, a ja poczułam chłodne powietrze na mojej skórze. A potem jego palce – delikatnie, powoli, przesuwające się po mojej łechtaczce.
– Jesteś mokra – powiedział z satysfakcją w głosie. – Bardzo mokra. Podoba ci się to, prawda?
– Tak – jęknęłam, nie mogąc się powstrzymać.
– Dobrze – odpowiedział, wsuwając we mnie palec. – Bo to dopiero początek.
Poruszał palcem we mnie rytmicznie, a ja czułam, jak narasta we mnie fala. Jego kciuk krążył po mojej łechtaczce, a ja wyginałam się w łuk, błagając o więcej.
– Proszę – wysapałam. – Proszę, pozwól mi dojść.
– Nie jeszcze – odpowiedział, wycofując palce. – Najpierw coś innego.
Zdjął mi opaskę z oczu, a ja mrugałam, oślepiona światłem. Wiktor stał przede mną, wciąż w ubraniu, ale z widocznym podnieceniem. W ręce trzymał parę czarnych, jedwabistych pończoch.
– Chcę, żebyś je założyła – powiedział. – Powoli. I chcę patrzeć.
Wzięłam pończochy od niego, czując ich gładkość w dłoniach. A potem, powoli, z namysłem, zaczęłam wsuwać je na nogi – najpierw jedną, potem drugą. Czułam jego wzrok na sobie, czułam, jak obserwuje każdy mój ruch, każdy centymetr odsłanianej skóry.
– Jesteś niesamowita – wyszeptał, gdy skończyłam. – Chodź tu.
Podszedł do mnie, wziął mnie w ramiona i pocałował. Jego usta były gorące, stanowcze, a ja czułam, jak jego dłonie wędrują po moich udach, po jedwabiu, po wszystkim, co było pod spodem.
– Chcę cię – wyszeptał między pocałunkami. – Chcę cię teraz.
– To mnie weź – odpowiedziałam, a on jęknął cicho, przyciskając mnie do ściany.
Rozpiął spodnie, a ja poczułam jego twardość napierającą na mnie przez materiał. A potem uniósł mnie, a ja oplotłam go nogami, czując jedwab na moich udach i jego gorąco między nimi.
Wszedł we mnie jednym pchnięciem, a ja krzyknęłam, wyginając się w łuk. Czułam go głęboko w sobie, czułam jego rytm, jego siłę, jego pożądanie.
– Tak – syczałam, gdy poruszał się we mnie. – Właśnie tak. Nie przestawaj.
– Nie przestanę – wysapał, przyspieszając. – Nie przestanę, dopóki nie krzykniesz mojego imienia.
Pochylił się i pocałował moją stopę – tę w pończosze – a ja poczułam, jak coś we mnie eksploduje. Doszłam z krzykiem, a on poszedł za mną, z jękiem, który wibrował w moich ustach.
Opadliśmy na sofę, spleceni, dyszący. Jego twarz była przy mojej, a jego dłoń spoczywała na moim udzie, na jedwabiu.
– To było… – zaczęłam.
– Niesamowite – dokończył. – Ale to dopiero początek.
I miał rację. Bo od tamtej nocy spotykaliśmy się regularnie – zawsze w jego mieszkaniu, zawsze z pończochami, zawsze z zawiązanymi oczami. Odkrywałam z nim rzeczy, o których nie miałam pojęcia, że istnieją. Nauczył mnie, że dotyk może być językiem, że jedwab może być obietnicą, że oddanie może być największą wolnością.
Ale pewnego dnia przyszedł do mnie z wyrazem twarzy, który znałam już wcześniej. I powiedział coś, czego bałam się usłyszeć.
– Moja żona wie – powiedział cicho. – Wie o nas. I daje mi wybór.
– Jaki wybór? – zapytałam, czując, jak serce wali mi w piersi.
– Między nią a tobą – odpowiedział. – I nie wiem, co wybrać.
Spojrzałam na niego – na mężczyznę, który nauczył mnie kochać swoje ciało, swoje pragnienia, swoje sekrety. I wiedziałam, że nie mogę go zmuszać do wyboru. Że jeśli zostanie ze mną, będzie to jego decyzja – nie moja.
– Wybierz siebie – powiedziałam. – Wybierz to, co sprawi, że będziesz szczęśliwy. Nawet jeśli to nie będę ja.
Patrzył na mnie przez długą chwilę. A potem wziął moją dłoń i przycisnął ją do swoich ust.
– Wybieram ciebie – powiedział. – Wybieram nas.
I chociaż wiedziałam, że to nie będzie łatwe, że będą łzy, że będą trudne dni – w tamtej chwili uwierzyłam, że to możliwe. Że miłość, nawet ta zakazana, może przetrwać. Że jedwab, który nas połączył, nie zerwie się tak łatwo.
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tej historii. Będziesz pierwszą osobą?