Plaża, która nic nie zdradzi
Do dziś nie wiem, jak miała na imię. Ale czasem, gdy zamykam oczy, wciąż czuję jej dotyk i słyszę jej głos, który mówi: „I tak się już nie zobaczymy".
Nazywam się Gracjan. I do dziś nie znam jej imienia. Nie wiem, ile miała lat – mogła mieć trzydzieści, mogła czterdzieści. Wiem tylko, że miała obrączkę. I że na zawsze zapamiętam jej dotyk.
To był lipiec. Słońce prażyło, a plaża pękała w szwach. Leżałem na ręczniku, słuchając szumu fal i przeklinając w duchu upał. I wtedy ją zobaczyłem. Szła wzdłuż brzegu, z włosami mokrymi od wody, w czarnym bikini, które ledwo cokolwiek zakrywało. Słońce odbijało się w kroplach wody na jej skórze, a ona szła tak, jakby cały świat należał do niej.
Nie patrzyła na nikogo. Aż do mnie.
Nasze spojrzenia się spotkały. I coś we mnie stanęło. Ona uśmiechnęła się lekko, ale nie odwróciła wzroku. Przeszła obok mnie, a ja poczułem zapach słonej wody i jej perfum – coś kwiatowego, ale z nutą piżma.
– Gorąco, co? – rzuciła, nie zatrzymując się.
– Jak w piekle – odpowiedziałem, a ona zaśmiała się cicho.
To było wszystko. Ale to wystarczyło.
Pół godziny później leżała kilka metrów ode mnie. Czytając książkę, ale co chwilę zerkała w moją stronę. Ja udawałem, że patrzę na morze, ale widziałem tylko jej nogi – długie, opalone, zakończone paznokciami pomalowanymi na czerwień.
W końcu wstała. Podeszła do mnie, a jej cień padł na mój ręcznik.
– Masz ochotę na spacer? – zapytała, a w jej głosie było coś, co nie pozostawiało wątpliwości.
Poszedłem za nią. Minęliśmy tłumy, parasole, rozkrzyczane dzieci. Skręciła w stronę klifów, gdzie plaża kończyła się dziką, kamienistą zatoką. Tam nie było nikogo. Tylko my i huk fal.
– Tutaj – powiedziała, zatrzymując się przy skałach. – Nikt nas nie znajdzie.
Odwróciła się do mnie. I wtedy zobaczyłem to w jej oczach – głód. Nie pytając o nic, przyciągnęła mnie do siebie i pocałowała. To nie był pocałunek na dzień dobry. To było pożądanie, które trzymała w sobie zbyt długo.
– Masz dziewczynę? – zapytała, odrywając się na sekundę.
– Nie.
– Żonę?
– Nie.
– To dobrze – szepnęła, a jej dłoń wędrowała w dół mojego brzucha. – Bo ja mam męża. I nie chcę, żebyś mi o nim przypominał.
Nie musiała mówić więcej. Opadłem na kolana, a ona westchnęła, gdy moje dłonie chwyciły jej biodra. Czarny materiał bikini zsunął się po jej udach. Nie miała nic pod spodem.
– Chcę cię poczuć w ustach – powiedziała, a jej głos był niski, zachrypnięty od słońca i pożądania.
Nie kazała mi czekać. Uklękła przede mną na piasku, a jej palce rozpinały moje szorty. Kiedy wyciągnęła mnie na zewnątrz, westchnęła cicho, jakby z uznaniem. A potem wzięła mnie do ust.
– O cholera – jęknąłem, odchylając głowę do tyłu.
Była dobra. Zbyt dobra. Jej język krążył, a ona patrzyła mi prosto w oczy, gdy brała mnie coraz głębiej. Jej dłonie zaciskały się na moich udach, a ja czułem, jak każdy mięsień w moim ciele napina się z rozkoszy.
– Nie spiesz się – mruknęła, wyjmując mnie na chwilę, żeby przesunąć kciukiem po wilgotnym czubku. – Mamy czas.
Ale ja nie chciałem czekać. Chwyciłem ją za ramiona i postawiłem na nogi. Odwróciłem ją przodem do skały, a ona westchnęła, gdy przycisnąłem ją do chłodnego kamienia.
– Chcę cię z tyłu – wyszeptała, a jej słowa uderzyły we mnie jak fala.
Nie musiała mówić dwa razy. Rozchyliłem jej pośladki i wsunąłem w nią palce, żeby sprawdzić, czy jest gotowa. Była mokra, gorąca, wilgotna od słońca i podniecenia. Ale to nie było to, czego chciała.
– Nie tak – szepnęła, odsuwając moją dłoń. – Tam.
Spojrzałem na nią pytająco, a ona uśmiechnęła się, pokazując wąską szczelinę między skałami, gdzie mogła uklęknąć i oprzeć się o kamień. Zrozumiałem. Uklękła, a ja stanąłem za nią, czując, jak serce wali mi w piersi.
– Jesteś pewna? – zapytałem, przesuwając dłonią po jej plecach.
– Jeśli zapytasz jeszcze raz, wstanę i wyjdę – odpowiedziała, a w jej głosie było coś, co nie znosiło sprzeciwu.
Wziąłem głęboki oddech. I wszedłem w nią powoli, czując, jak jej ciało napina się wokół mnie. Jęknęła, ale nie z bólu – z czystej rozkoszy.
– Tak – wyszeptała, opierając czoło o skałę. – Właśnie tak.
Poruszałem się powoli, potem szybciej. Jej jęki mieszały się z hukiem fal, a ja czułem, jak każdy mięsień w moim ciele płonie. Przyciągnąłem ją do siebie, chwytając za biodra, a ona wygięła się w łuk, poddając się całkowicie.
– Nie przestawaj – błagała. – Proszę, nie przestawaj.
Przyspieszyłem. Czułem, jak jej ciało drży, jak zaciska się wokół mnie, a potem – gdy doszła – jej krzyk zagłuszył szum morza. Poszedłem za nią, a świat na chwilę przestał istnieć.
Gdy skończyliśmy, opadła na piasek, dysząc. Leżała na plecach, patrząc w niebo, a ja położyłem się obok niej. Przez długą chwilę nikt z nas nie mówił.
– Jak masz na imię? – zapytałem w końcu.
– Nie ważne – odpowiedziała, uśmiechając się lekko. – I tak się już nie zobaczymy.
Wstała, otrzepała piasek z kolan, włożyła bikini. I odeszła. Nie spojrzała za siebie. A ja zostałem tam, na tej dzikiej plaży, z jej smakiem na ustach i wspomnieniem, którego nie wymaże żadna fala.
Do dziś nie wiem, jak miała na imię. Ale czasem, gdy zamykam oczy, wciąż czuję jej dotyk i słyszę jej głos, który mówi: „I tak się już nie zobaczymy".
I ma rację. Ale to było jedno z tych spotkań, które zdarzają się raz w życiu.
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tej historii. Będziesz pierwszą osobą?