Cień na jedwabiu
Mam na imię Lena. Pracuję jako asystentka w prestiżowej galerii sztuki. Moje życie jest uporządkowane – mieszkanie, praca, kilka przyjaciółek, czasem randki, które nic nie znaczą. Ale wszystko zmieniło się, gdy do galerii przyszedł on.
Aleks. Mąż mojej szefowej. Czterdzieści lat, wysoki, ciemnowłosy, z oczami, które patrzyły na mnie w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości. Znałam go z widzenia – bywał na wernisażach, zawsze elegancki, zawsze z żoną u boku. Ale pewnego wieczoru przyszedł sam.
– Pani Lena – powiedział, stając przed moim biurkiem. – Moja żona prosiła, żebym odebrał pewną pracę. Mówiła, że pani wie, o co chodzi.
– Oczywiście – odpowiedziałam, sięgając po paczkę z zaplecza. – Proszę bardzo.
Podałam mu paczkę, a nasze palce musnęły się na ułamek sekundy. Czułam jego ciepło, jego zapach – drogi, męski, z nutą drzewa sandałowego. I wtedy zobaczyłam jego wzrok – przesuwał się po mojej twarzy, po mojej szyi, po mojej piersi. Bez skrępowania. Jakby oceniał, czy warto.
– Dziękuję – powiedział, ale nie ruszył się z miejsca.
– Coś jeszcze? – zapytałam, czując, jak serce wali mi w piersi.
– Może kiedyś zaproszę panią na kawę – odpowiedział, uśmiechając się lekko. – Żeby podziękować za pomoc.
– Pańska żona nie będzie miała nic przeciwko? – zapytałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
– Moja żona – powiedział powoli – nie musi wiedzieć o wszystkim.
I wyszedł, zostawiając mnie z myślą, która nie dawała mi spokoju.
Minął tydzień. Myślałam o nim ciągle – o jego głosie, o jego oczach, o tym, jak patrzył na mnie w tamtej chwili. A potem dostałam wiadomość na służbowym telefonie.
„Kawa w piątek? Znam miejsce, gdzie nikt nas nie zobaczy. – A."
Nie powinnam była odpowiadać. Wiedziałam, że to złe, że to ryzykowne, że to może zniszczyć czyjeś małżeństwo. Ale moje ciało odpowiedziało, zanim mój rozum zdążył zaprotestować.
„Tak."
Piątek. Mała kawiarnia na uboczu, z dala od centrum, wśród wąskich uliczek starego miasta. Siedziałam przy stoliku w kącie, sącząc espresso, gdy on wszedł. Ubrany w prosty, czarny sweter, z włosami lekko potarganymi od wiatru. Wyglądał młodziej niż w galerii – bardziej ludzko, bardziej dostępnie.
– Przyszedłeś – powiedziałam, a w moim głosie zabrzmiała ulga.
– Obiecałem – odpowiedział, siadając naprzeciwko. – Dotrzymuję obietnic.
Zamówił czarną kawę, a potem patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu. Jego wzrok był intensywny, badający, jakby próbował mnie rozszyfrować.
– Wiesz, że to szaleństwo – powiedział w końcu. – Spotykać się tak. Za plecami mojej żony.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale jesteś tu.
– Bo nie mogłem przestać o tobie myśleć – przyznał, a jego głos był niski, poważny. – Od tamtego wieczoru. O twoich oczach. O twoim uśmiechu. O tym, jak patrzyłaś na mnie, gdy podawałem ci rękę.
– Ja też – wyszeptałam. – Myślałam o tobie. Ciągle.
Przez chwilę żadne z nas nie mówiło. A potem on wyciągnął dłoń i dotknął mojej ręki, leżącej na stole. Jego dotyk był ciepły, pewny, a ja poczułam, jak prąd przebiega przez całe moje ciało.
– Chodźmy stąd – powiedział. – Chodźmy gdzieś, gdzie będziemy sami.
Jego mieszkanie – bo to nie był dom, tylko kawalerka na wynajem, którą trzymał „na wypadek późnych godzin w pracy" – znajdowało się na trzecim piętrze kamienicy. W środku było prosto, ale schludnie. Duże łóżko, mała kuchnia, okno z widokiem na dachy.
– Nikt tu nie przychodzi – powiedział, zamykając drzwi. – Jesteśmy bezpieczni.
– Bezpieczni – powtórzyłam, rozglądając się. – To dziwne słowo w tej sytuacji.
– Wiem – odpowiedział, podchodząc do mnie. – Ale chcę, żebyś czuła się dobrze. Chcę, żebyś czuła, że możesz mi zaufać.
Spojrzałam na niego – na jego twarz, na jego dłonie, na jego ramiona. Czułam napięcie między nami, gęste jak mgła. I wiedziałam, że jeśli zrobię krok, nie będzie odwrotu.
– Zaufaj mi – powiedział, jakby czytając w moich myślach. – Proszę.
I wtedy go pocałowałam.
To nie był delikatny pocałunek. To był głód – tygodnie tęsknoty, tygodnie zakazanych myśli, tygodnie patrzenia na siebie z drugiego końca pokoju. Jego usta były ciepłe, stanowcze, a jego dłonie wplątały się w moje włosy, przyciągając mnie bliżej.
– Lena – wyszeptał między pocałunkami. – Chcę cię. Chcę cię tak bardzo, że to boli.
– To mnie weź – odpowiedziałam, a on jęknął cicho, przyciskając mnie do ściany.
Jego dłonie wędrowały po moim ciele – po plecach, po biodrach, po pośladkach. Czułam, jak jego palce odnajdują zamek mojej sukienki, jak go zsuwa, jak materiał opada na podłogę. Zostałam w samym staniku i majtkach, a on patrzył na mnie z pożądaniem, które nie pozostawiało wątpliwości.
– Jesteś piękna – powiedział, przesuwając kciukiem po moim obojczyku. – Najpiękniejsza rzecz, jaką widziałem od lat.
– Przestań mówić – wyszeptałam, przyciągając go do siebie. – I pokaż mi, czego chcesz.
Zaśmiał się cicho, a potem zsunął ramiączka mojego stanika. Jego usta odnalazły moje piersi, a ja westchnęłam, wyginając się w łuk. Czułam jego język na mojej skórze, jego dłonie na moich biodrach, jego twardość napierającą na mnie przez materiał spodni.
– Chodźmy do łóżka – powiedział, biorąc mnie na ręce.
Położył mnie na pościeli, a potem powoli, z namysłem, zdjął sweter i spodnie. Został w samych bokserkach, a ja patrzyłam na jego ciało – na umięśnioną klatkę piersiową, na płaski brzuch, na linię włosów prowadzącą w dół. Był piękny. I był mój – przynajmniej na tę noc.
– Chodź tu – powiedziałam, rozchylając ramiona.
Wszedł między moje uda, opierając się na łokciach. Jego twarz była tuż nad moją, a jego oddech mieszał się z moim.
– Jesteś pewna? – zapytał, a w jego oczach błyszczało coś, czego nie umiałam nazwać.
– Bardziej niż czegokolwiek – odpowiedziałam.
I wtedy wszedł we mnie.
To było powolne, głębokie, intensywne. Czułam każdy centymetr jego ciała, każdy ruch, każde westchnienie. Jego usta na mojej szyi, jego dłonie na moich biodrach, jego rytm, który narastał z każdą chwilą.
– Lena… – wysapał, gdy przyspieszył. – Jesteś niesamowita.
– Nie przestawaj – błagałam, wyginając się w łuk. – Proszę, nie przestawaj.
Poruszał się we mnie coraz szybciej, a ja czułam, jak narasta we mnie fala. Jego kciuk odnalazł moją łechtaczkę, a ja krzyknęłam, czując, jak eksploduję.
– Tak! – jęknęłam, gdy moje ciało zadrżało. – O Boże, tak!
Poszedł za mną, z jękiem, który wibrował w moich ustach. A potem opadł obok mnie, dysząc, z czołem przy moim skroni.
– To było… – zaczął.
– Nie mów nic – przerwałam, całując go. – Po prostu bądź tu. Ze mną.
I był. Przez całą noc. A potem przez kolejne noce, przez kolejne tygodnie, przez kolejne miesiące. Spotykaliśmy się w jego kawalerce, zawsze po ciemku, zawsze w tajemnicy. A ja zakochałam się w nim – w jego dotyku, w jego głosie, w jego zapachu. Wiedziałam, że to złe. Wiedziałam, że to nie może się dobrze skończyć. Ale nie umiałam przestać.
Aż pewnego dnia przyszedł do galerii. Z żoną. I zobaczyłam, jak trzyma ją za rękę, jak patrzy na nią z czułością, jakiej nigdy nie widziałam u niego wcześniej.
– Lena, prawda? – zapytała jego żona, uśmiechając się do mnie. – Aleks tyle o pani opowiadał. Mówił, że jest pani niezastąpiona.
– Dziękuję – odpowiedziałam, czując, jak coś we mnie pęka. – Staram się.
A on stał obok, patrząc na mnie z wyrazem twarzy, którego nie umiałam odczytać. I wiedziałam, że to koniec. Że nigdy nie będę miała go dla siebie. Że zawsze będę tylko cieniem na jedwabiu – czymś pięknym, ale niewidocznym.
Wyszłam z galerii, nie oglądając się za siebie. I chociaż minęły lata, wciąż czuję jego dotyk na mojej skórze. Wciąż słyszę jego głos w mojej głowie. I wciąż zadaję sobie pytanie: czy było warto?
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tej historii. Będziesz pierwszą osobą?